/Siedem miesięcy później/
No cóż... Dalej mieszkam u wuja. Nie znalazłam jeszcze pracy, a i tak musiałabym zaraz iść na macierzyńskie, kiedy ono się skończy, ciotka obiecała, że zajmie się malutką. Tak będę miała córeczkę. Nie wiem jeszcze jak dam jej na imię, ale mam jeszcze czas. Rozmawiałam właśnie z ciocią i wujkiem, kiedy zadzwonił mój telefon.
- O cześć Mitch! - powiedziałam.
- Jess, ona rodzi! - krzyknął zdenerwowany.
- Mitchell, gdzie jesteś?
- W szpitalu.
- Jest tam ktoś z tobą? - zapytałam.
- Nie!
- Zadzwoń do Marco i czekajcie tam na mnie.
- Ok. - rozłączyłam się. Wujek i ciocia zapytali mnie o co chodzi, a ja wszystko im wytłumaczyłam. Chociaż byłam w ósmym miesiącu ciąży, pojechałam na lotnisko. Miałam szczęście. Akurat było jedno wolne miejsce na lot do Dortmundu. Szybko przeszłam przez odprawę i samolot wzbił się w powietrze. Nie umiałam się na niczym skupić. Odliczałam minuty do lądowania. Najwyżej z tych nerwów urodzę w samolocie. Lot strasznie się dłużył. Wreszcie lądowanie. Szybko wzięłam swój bagaż i wsiadłam do taksówki. Zadzwoniłam do Mitch`a i powiedziałam mu, że za chwilę będę. Po dziesięciu minutach byłam już przed szpitalem. Świadomość tego, że Mitch, Marco i Mary za chwile dowiedzą się, że jestem w zaawansowanej ciąży, zniechęcała mnie do wejścia. W końcu się przełamałam, oni mnie potrzebowali. Wzięłam moją walizkę i weszłam do szpitala. Zapytałam miłą panią pielęgniarkę, gdzie jest odział położniczy. Ona uśmiechnęła się i powiedziała, że zaraz weźmie wózek i zawiezie mnie na salę. Uspokoiłam ją i powiedziałam, że to moja koleżanka rodzi, a nie ja. Odetchnęła z ulgą i wskazała mi odział położniczy. Na szczęście był na parterze i nie musiałam taszczać tej walizki, chociaż i tak było tam stosunkowo mało rzeczy. Zauważyłam Mitch`a. Był z nim Marco i Mario... O Boże, dlaczego ja?! Odsunęłam się o dwa kroki w bok i zadzwoniłam do Mitch`a już, któryś raz tego dnia.
- No hej! Gdzie jesteś?
- Na pewno nie tam, gdzie ty i Mario!
- Oj sorry. Tak się zdenerwowałem, że zapomniałem ci powiedzieć.
- Nie pójdę tam!
- Jess, Mary cię potrzebuje. Zrób, to dla niej.
- Ok, ale nie mów, że nie ostrzegałam! - znowu zrobiłam dwa kroki w bok, ale tym razem nie cofnęłam się. Poszłam tam spokojnym krokiem. Mario najpierw wstaną i uśmiechnął się smutno, ale gdy zobaczył mój brzuch zrobił pytającą minę. Marco tylko wystrzeżył oczy. Mitch był tak zdenerwowany, że nie zauważył na początku w jakim jestem stanie.
- Ona chce żebyś z nią była. - powiedział.
- Dobrze. - dostałam strój ochronny i czepek. Weszłam do sali porodowej. Zobaczyłam tam bladą Mary.
- Jess! - krzyknęła.
- Jestem tutaj. - powiedziałam spokojnie. - Dasz radę. - szeptałam i dałam jej rękę. Uścisnęła ją mocno. Lekarze krzyczeli, żeby przyła. Nie wiem ile, to trwało, ale usłyszałam wreszcie płacz dziecka. Łza zakręciła się w oku. Wiedziałam, że za niedługo moje dziecko pierwszy raz zapłacze.
- Ma pani synka. - powiedziała położna i dała Mary, jej pociechę na ręce.
- Mój synek, Jess spójrz. Jest taki maleńki. - zaczęła płakać ze szczęścia.
- Słodki. Jak dasz mu na imię? - zapytałam.
- Adam.
- Pięknie. - pogłaskałam malutkiego po główce. - Mój mały książę. - powiedziałam cicho.
- Mogłabyś zawołać Mitch`a? - zapytałam Mary.
- Oczywiście. - wyszłam z sali i poszłam do Mitchell`a. - Chce żebyś przyszedł. Macie pięknego synka.
- Ty też będziesz miała. - powiedział i zaczął kierować się w stronę sali porodowej.
- To dziewczynka. - powiedziałam na odchodne. Marco i Mario już tam nie było. W pewnym sensie mi ulżyło, ale czułam też smutek? Tak smutek! Chciałam żeby został, walczył o nas. Łzy automatycznie napływały mi do oczu. Nie chciałam żeby ktokolwiek zobaczył mnie w takim stanie. Wyszłam z szpitala i pokierowałam się w stronę parku. Usiadła na jednej z ławek i wdychała dortmundzkie powietrze.
- Widzisz Madziu, tutaj mamusia kiedyś mieszkała, jeszcze jak była z tatusiem. A wiesz, że tam w szpitalu był tata? - powiedziałam głaszcząc mój brzuszek i chyba właśnie wybrałam imię dla mojej księżniczki - Magda.
/oczami Mario/
Gdy tylko dowiedzieliśmy się, że Mary urodziła, razem z Marco ulotniliśmy się. Jess jest w ciąży... To moje dziecko?
- Co robisz? - zapytał Marco, widząc mnie liczącego coś na palcach.
- Liczę, czy to moje dziecko... - odpowiedziałem, dalej zagłębiając się w skomplikowanej matematyce.
- Chyba liczysz, że to twoje dziecko! - poprawił mnie.
- Co masz na myśli? - zapytałem, odkładając na chwilę moje kalkulacje.
- Wiesz, dziecko powinno mieć ojca. Może da ci drugą szansę. Gorzej jeśli, to nie twoje dziecko, a Jess jest szczęśliwa z jakimś lowelasem. W takim wypadku twoje szansę sięgają zera... - skończył swój monolog. Miał rację. Muszę zawalczyć, chcę mieć przy sobie i Jesikę i moje dziecko.
/oczami Jess/
- No i dla tego twoja mam nie jest z tatusiem. - powiedziałam dokańczając swoją historię. - Pewnie zastanawiasz się dlaczego ci to mówię. Żeby nie było, że mam przed tobą tajemnice. - Madzia chyba zrozumiała, bo dość mocno mnie kopnęła. - Chyba wdasz się w tatę. Wiesz nie mam nic przeciwko, tylko żebym nie musiała ci kupować co tydzień nowych korków, bo moda się zmienia. - dodałam. - Najwyżej wujek Gareth ci da, to w końcu on wróżył ci piłkarską przyszłość... Wiesz wujo pewnie się martwi, zadzwonię do niego. - tak, utrzymywałam kontakt z Bale`em, to dzięki Jovicie, która spotyka się od jakiegoś czasu z Isco. Czemu całe moje życie kręci się wokół piłki? Szybko zadzwoniłam do przyjaciela i opowiedziałam mu o wszystkim. Gdy się rozłączyłam, postanowiłam trochę pospacerować po mieście, przypomnieć sobie stare czasy. Gdy tak spacerowałam, robiło mi strasznie zimno. Nie wiem czemu, ale nogi zaprowadziły mnie pod mój stary blok. Uśmiechnęłam się, przypominając sobie moje niezamknięte drzwi i obudzenie się w ramionach Mario. Znowu na jego myśl łza popłynęła po moim zmarzniętym policzku. Nagle ktoś od tyłu założył na moje barki bluzę. Obróciłam się i zobaczyłam GO.
- Nie będzie ci zimno. Musisz dbać o NASZE dziecko.
- Wiem co muszę!
- Jess! Wiem, że moja zdrada, to jest coś niewybaczalnego, ale ja cię kocham i nasze dziecko też.
- Mario, tak bardzo chciałabym ci wybaczyć, ale to nie jest takie proste.
- Rozumiem, chodź pokażę ci coś. - wziął mnie za rękę i zaprowadził mnie do samochodu. Zawiózł nas na SIP. Weszliśmy do środka.
- Po co mnie tu przyprowadziłeś? - zapytałam, rozglądając się po stadionie. Nic się nie zmieniło, jakby czas po moim wyjeździe się zatrzymał.
- Nie pamiętasz, to tu się wszystko zaczęło. - powiedział. - To tu wyznałem ci miłość. - dodał.
- I w związku z tym? - zapytałam.
- Chciałbym, to zrobić drugi raz. - wziął głęboki oddech. - Jess jesteś całym moim światem. Będę dbał o ciebie i nasze dziecko i przysięgam, że już nigdy nie zrobię tego samego błędu. Chce być z tobą na zawsze. - powiedział i uklęknął. - Wyjdziesz za mnie? - zapytał i wyciągnął czerwone pudełeczko. Po chwilowym namyśle, odpowiedziałam...
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej! To już jeden z ostatnich rozdziałów. Myślę, że pojawią się jeszcze dwa i epilog.
Jak myślicie, Jess przyjmie przeprosiny Mario i zgodzi się na ślub? Sama jeszcze
nie wiem co ona kombinuje ;D