wtorek, 28 stycznia 2014

Nowy blog!

Chciałabym Was, moje drogie czytelniczki zaprosić na mojego trzeciego bloga.

"Ten ostatni raz, zatańcz ze mną!"

 http://tenostatnirazzatanczzemna.blogspot.com/

Epilog

/20 lat później/
Te dwadzieścia lat minęło jak jeden dzień, najdłuższy i najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Mam już 45 lat, na mojej twarzy już pojawiły się pierwsze zmarszczki, a ja dalej czuję się jak dwudziestolatka. Oprócz Madzi, razem z Mario doczekaliśmy się jeszcze dwójki dzieci, bliźniaków Leona i Luisy. Magda ma już 22 lata, a ja pamiętam jeszcze dzień, w którym dowiedziałam się, że spodziewam się dziecka. Bliźniaki mają po 19 lat. Madzia studiuje prawo i ma narzeczonego, który ma na imię Alex. Mario na początku nie był zadowolony z powodu chłopaka jego najstarszej córki, ale gdy dowiedział się, że od dziecka kocha Borussie i że zawsze był fanem Mario, to mój mąż zmiękł. No właśnie fanem Borussii... Mario, gdy tylko skończył mu się kontrakt wrócił do gry w Dortmundzie. Kupiliśmy na obrzeżach miasta wielki dom i tam z naszą trójką pociech zamieszkaliśmy i mieszkamy do teraz, no nie z trójką, tylko z dwójką, ale jednak. Luisa w tym roku zdała maturę i ma zamiar wybrać się na medycynę. Kolejny powód do dumy. Jeżeli o naszą małą Luisę chodzi, to nie ma chłopaka, ale wszyscy wiedzą, że podkochuje się w przyjacielu z klubu Leosia. Tak, Leon poszedł w ślady ojca i został piłkarzem Borussen. Gra na pozycji prawego skrzydłowego, jak wujek Kuba. Nasz syn wdał się w ojca... Flirtuje z wieloma dziewczynami, ale jeszcze nie był w stałym związku. Może, to i lepiej. W końcu do takich rzeczy trzeba dojrzeć... Mario jest trenerem dortmundzkich pszczółek. Czas też był dla niego nieubłagany. Pierwsze siwe włosy na jego dalej bujnej czuprynie i zmarszczki. Jest wielkim autorytetem dla swoich podopiecznych. Zawsze wiele wymagał od naszego syna. Właśnie dlatego, Leon jest zawodnikiem, który prawie zawsze występuje w pierwszym składzie, a nie dlatego, że jego ojciec jest trenerem. Zawsze rozpieszczał nasze córki i dbał o nie jak najlepiej potrafił, więc trudno mu było zaakceptować fakt, że są już dorosłe i nie musi się martwić, że nie dzwonią do niego co dwadzieścia minut... Tak był taki czas, że dzwoniły tak często, ale po zobaczeniu rachunku za telefon, Mario zrezygnował... Pewnie jesteście ciekawi co u nasz znajomych. Mary i Mitch nie doczekali się więcej dzieci, ale za to są już dziadkami. Mają przepiękną wnuczkę Katrin. Mitch jest trenerem bramkarzy w Borussii, a Mary pracuje jako pielęgniarka w dortmundzkim szpitalu. Adaś również poszedł w ślady ojca i został bramkarzem, również Borussii. A co u Tośki? Od osiemnastu lat jest żoną Marco Reus`a. Tak tego samego Marco, który nie wiązał z nią jakiś dużych planów. Moją dwójkę dzieci. Svena i Michaela. Sven jest napastnikiem również w dortmundzkim klubie i zarazem się edukuje, a Michael skupia się wyłącznie na nauce, nic innego się nie liczy. No może oprócz, córki państwa Lewandowskich.
Moje życie nabrało wielu barw i jestem nim zachwycona. Gdyby ktoś kiedykolwiek, zapytał się mnie jakie według mnie jest idealne życie, to moje podałabym jako przykład...
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
To już jest koniec... Trudno mi jest się rozstać z tym opowiadaniem, ale wszystko ma swój koniec i początek. Teraz skupię się na moim drugim blogu, a poza tym planuję już nowy :)
Dziękuję za wszystkie komentarze, których nie było aż tak wiele, ale to właśnie przez, to dodawały mi więcej motywacji. Dziękuję, że przeczytałyście tego bloga i przez ten cały czas byłyście ze mną!

Rozdział 19 - Ostatni

/Dwa lata później/
- Mary podaj mi mój welon. - powiedziałam i uśmiechnęłam się do mojego odbicia w lustrze. Wyglądałam inaczej. Biała suknia ciągnęła się, jakby nie miała końca, zupełnie tak jak moje szczęście. Mary założyła mi welon. Jeszcze miesiąc temu, to ja jej w tym pomagałam. Wszystko było już gotowe. Włosy idealnie ułożone, nienaganny makijaż i hollywoodzki uśmiech, pełen miłości, bo kierowany był w stronę mojej córeczki Madzi. Magda była bardzo mądrym dzieckiem. Szybko nauczyła się chodzić i mówić. Miała na sobie piękną pastelowo różową sukienkę. Gotowa wyszłam wraz z Mary i Madzią do limuzyny. Nerwowo poruszałam palcami, a droga do kościoła, ciągnęła się w nieskończoność. Madzia rozmawiała z Mary o Adasiu. Byłam strasznie zdenerwowana. Nareszcie dojechałyśmy do kościoła. Wyszłyśmy z samochodu. Przed sanktuarium było pełno paparazzie. Co chwilę blaski fleszy jakieś pytania, ale wreszcie ojciec zabrała mnie pod ramię. Zabrzmiała ta muzyka, przy której nie raz z koleżankami bawiłyśmy się w ślub. Szłam powoli z gracją i wdziękiem. Wreszcie zobaczyłam go. Księcia z bajki. Wróć. Zobaczyła Mario, mojego zwykłego Mario, z którym bawiłam się w chowanego i ganianego. Nawet nie zauważyłam kiedy, ale byłam już przed ołtarzem razem z Mario i naszymi świadkami - Marco i Mary. Spojrzałam na zebranych w kościele. Moi rodzice i rodzice Mario, moja Madzia, Tośka, Mitch z Adasiem, piłkarze Borussii i Bayernu, ciotki i wujkowie, babcia i dziadek. Moi najbliżsi byli ze mną w tym ważnym dniu. Po jakiś czasie przyszła pora na przysięgę małżeńską.
- Ja Mario biorę sobie Ciebie Jesikę za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci. - powiedział Mario, a łza pociekła po moim policzku.
- Ja Jesika biorę sobie Ciebie Mario za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci. - powiedziałam i rozpłakałam się ze szczęścia. Pamiętam, że zawsze jak z rodzicami chodziłam na śluby członków rodziny, mówiłam mamie, że nie rozumiem czemu one zawsze płaczą, a mama mówiła, że jak sama będę przed ołtarzem, to zrozumiem. Zrozumiałam i wcale im się nie już dziwię.
- Możesz pocałować Pannę Młodą. - usłyszałam po nieokreślonym czasie. Mario pocałował mnie tak, jak nigdy. Inaczej, nadzwyczajnie. Wyszliśmy z kościoła. Wszyscy zaczęli sypać ryż. Mario wziął Madzię na ręce i szepnął mi do ucha słowa, które wypowiedział mi do ucha dwa lata temu.
- Na zawsze razem. - znowu mimowolnie się uśmiechnęłam. Wszyscy składali nam życzenia i dawali prezenty, które notabene nie były nam potrzebne, bo mieliśmy siebie...
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej! To już ostatni rozdział :( Jeszcze epilog i... planuję innego bloga. I pisząc innego mam na myśli też, to że innego od moich dwóch pierwszych. Będzie smutny, mam nadzieję, że uda mi się, bo lubię pisać historie jak z bajki, ale chyba dam radę. Nie będzie to blog o piłkarzach Borussii. Będzie o Legii!  

sobota, 25 stycznia 2014

Rozdział 18

- Wyjdziesz za mnie? - zapytał i wyciągnął czerwone pudełeczko. Po chwilowym namyśle, odpowiedziałam:
- Nie szkodzi spróbować. - powiedziałam i zobaczył, zdziwioną, a zarazem szczęśliwą twarz Mario.
- Naprawdę? - zapytał nie dowierzając.
- Tak. - odpowiedziałam, a ten porwał mnie w swoje ramiona i pocałował mnie nieśmiało. - Mam tylko trzy warunki. Po pierwsze: Nigdy mnie już nie oszukasz. Po drugie: Będziesz najwspanialszym mężem i ojcem na świecie. Po trzeci: Daj mi wreszcie ten pierścionek. - powiedziałam i dostałam swój brylancik. 
- Oczywiście, dla ciebie wszystko. A to będzie chłopak, czy dziewczynka? - zapytał.
- Dziewczynka. - Razem z Mario pojechaliśmy do hotelu. No cóż... Nie mogę bez niego żyć. Próbowałam zapomnieć o nim, o nas, ale ja tak nie potrafię. Kocham go i naszą małą Madzie. Mam nadzieję, że wreszcie wszystko się ułoży.

/miesiąc później/
- Mario, kochanie obudź się. - szeptałam mu do ucha.
- Misiu jest jeszcze wcześnie. - wymruczał.
- Ale ja rodzę. - powiedziałam najzupełniej spokojnie. Mario zerwał się z łóżka i zaczął się ubierać. Zrobił, to tak szybko, że po chwili byliśmy już w samochodzie. Do szpitala dotarliśmy w niecałe 10 minut. Szybko zawieźli mnie na sale porodową. Poród trwał kilka godzin. Byłam strasznie zmęczona, ale wreszcie usłyszałam moją małą Madzie. Uśmiechnięta pielęgniarka położyła moją malutką księżniczkę na moich ramionach.
- Jest przepiękna. - powiedział Mario ze łzami w oczach. - Ma twoje oczy.
- Ale jest bardzo podobna do ciebie. - stwierdziłam, a mój narzeczony dał mi całusa.
- Na zawsze razem... - szepnął.

Po kilku dniach mogłam już wraz z Madzią, opuścić szpital. Mario przyjechał po nas i pojechaliśmy do naszego domu.
- Chodź, pokażę ci coś. - zwrócił się do mnie mężczyzna mojego życia. Wzięłam malutką i poszłam wraz z Mario na drugie piętro naszego domu. Otworzył drzwi i wszedł, a później gestem ręki zaprosił mnie do środka. To co tam zobaczyłam przerosło wszelkie moje oczekiwania. Mario prześlicznie udekorował pokój dla naszej córeczki. Cały był różowo-biały. Pełno pluszaków, a ubrania dla Magdy były równiutko poukładane w komodzie.
- Kocham cię. - powiedziałam, a ten objął mnie ramieniem.
- Ja ciebie też. - odpowiedział, a po chwili dodał. - I Madzie też. - wypowiedzenie imienia naszej córeczki sprawiały mu jeszcze problemy, mimo moich wielokrotnych lekcji. W tym momencie byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie. Miałam cudownego narzeczonego i córeczkę. Moje rozmyślenia przerwał dzwonek. Mario poszedł otworzyć, a ja szłam zaraz za nim.
- Hej! Ciotka Tośka przyszła was odwiedzić. - powiedziała moja siostra. - No i jeszcze ciotka Mary, Ania, Agata i Ewa. I jeszcze wujek Mitch, Marco, Robert, Kuba i Łukasz. - i w tym momencie z kryjówek wyskoczyli moi przyjaciele.
- O witajcie! - powiedzieliśmy razem z Mario. - Wchodźcie! - dodałam po chwili. Reszta dnia minęła nam w miłym towarzystwie piłkarzy Dortmundu i ich partnerek. Oczywiście wszyscy rozczulali się nad moją malutką Madzią, no i oczywiście nad słodkim Adasiem, który do Monachium przyjechał wraz z Mitch`em i Mary.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hejka! To już przedostatni rozdział. Trochę zżyłam się z tym opowiadaniem i choć nie było ono idealne, to naprawdę trudno będzie mi je zakończyć... :/ 

czwartek, 23 stycznia 2014

Rozdział 17

/Siedem miesięcy później/
No cóż... Dalej mieszkam u wuja. Nie znalazłam jeszcze pracy, a i tak musiałabym zaraz iść na macierzyńskie, kiedy ono się skończy, ciotka obiecała, że zajmie się malutką. Tak będę miała córeczkę. Nie wiem jeszcze jak dam jej na imię, ale mam jeszcze czas. Rozmawiałam właśnie z ciocią i wujkiem, kiedy zadzwonił mój telefon.
- O cześć Mitch! - powiedziałam.
- Jess, ona rodzi! - krzyknął zdenerwowany.
- Mitchell, gdzie jesteś?
- W szpitalu.
- Jest tam ktoś z tobą? - zapytałam.
- Nie!
- Zadzwoń do Marco i czekajcie tam na mnie.
- Ok. - rozłączyłam się. Wujek i ciocia zapytali mnie o co chodzi, a ja wszystko im wytłumaczyłam. Chociaż byłam w ósmym miesiącu ciąży, pojechałam na lotnisko. Miałam szczęście. Akurat było jedno wolne miejsce na lot do Dortmundu. Szybko przeszłam przez odprawę i samolot wzbił się w powietrze. Nie umiałam się na niczym skupić. Odliczałam minuty do lądowania. Najwyżej z tych nerwów urodzę w samolocie. Lot strasznie się dłużył. Wreszcie lądowanie. Szybko wzięłam swój bagaż i wsiadłam do taksówki. Zadzwoniłam do Mitch`a i powiedziałam mu, że za chwilę będę. Po dziesięciu minutach byłam już przed szpitalem. Świadomość tego, że Mitch, Marco i Mary za chwile dowiedzą się, że jestem w zaawansowanej ciąży, zniechęcała mnie do wejścia. W końcu się przełamałam, oni mnie potrzebowali. Wzięłam moją walizkę i weszłam do szpitala. Zapytałam miłą panią pielęgniarkę, gdzie jest odział położniczy. Ona uśmiechnęła się i powiedziała, że zaraz weźmie wózek i zawiezie mnie na salę. Uspokoiłam ją i powiedziałam, że to moja koleżanka rodzi, a nie ja. Odetchnęła z ulgą i wskazała mi odział położniczy. Na szczęście był na parterze i nie musiałam taszczać tej walizki, chociaż i tak było tam stosunkowo mało rzeczy. Zauważyłam Mitch`a. Był z nim Marco i Mario... O Boże, dlaczego ja?! Odsunęłam się o dwa kroki w bok i zadzwoniłam do Mitch`a już, któryś raz tego dnia.
- No hej! Gdzie jesteś?
- Na pewno nie tam, gdzie ty i Mario!
- Oj sorry. Tak się zdenerwowałem, że zapomniałem ci powiedzieć.
- Nie pójdę tam!
- Jess, Mary cię potrzebuje. Zrób, to dla niej.
- Ok, ale nie mów, że nie ostrzegałam! - znowu zrobiłam dwa kroki w bok, ale tym razem nie cofnęłam się. Poszłam tam spokojnym krokiem. Mario najpierw wstaną i uśmiechnął się smutno, ale gdy zobaczył mój brzuch zrobił pytającą minę. Marco tylko wystrzeżył oczy. Mitch był tak zdenerwowany, że nie zauważył na początku w jakim jestem stanie.
- Ona chce żebyś z nią była. - powiedział.
- Dobrze. - dostałam strój ochronny i czepek. Weszłam do sali porodowej. Zobaczyłam tam bladą Mary.
- Jess! - krzyknęła.
- Jestem tutaj. - powiedziałam spokojnie. - Dasz radę. - szeptałam i dałam jej rękę. Uścisnęła ją mocno. Lekarze krzyczeli, żeby przyła. Nie wiem ile, to trwało, ale usłyszałam wreszcie płacz dziecka. Łza zakręciła się w oku. Wiedziałam, że za niedługo moje dziecko pierwszy raz zapłacze.
- Ma pani synka. - powiedziała położna i dała Mary, jej pociechę na ręce.
- Mój synek, Jess spójrz. Jest taki maleńki. - zaczęła płakać ze szczęścia.
- Słodki. Jak dasz mu na imię? - zapytałam.
- Adam.
- Pięknie. - pogłaskałam malutkiego po główce. - Mój mały książę. - powiedziałam cicho.
- Mogłabyś zawołać Mitch`a? - zapytałam Mary.
- Oczywiście. - wyszłam z sali i poszłam do Mitchell`a. - Chce żebyś przyszedł. Macie pięknego synka.
- Ty też będziesz miała. - powiedział i zaczął kierować się w stronę sali porodowej.
- To dziewczynka. - powiedziałam na odchodne. Marco i Mario już tam nie było. W pewnym sensie mi ulżyło, ale czułam też smutek? Tak smutek! Chciałam żeby został, walczył o nas. Łzy automatycznie napływały mi do oczu. Nie chciałam żeby ktokolwiek zobaczył mnie w takim stanie. Wyszłam z szpitala i pokierowałam się w stronę parku. Usiadła na jednej z ławek i wdychała dortmundzkie powietrze.
- Widzisz Madziu, tutaj mamusia kiedyś mieszkała, jeszcze jak była z tatusiem. A wiesz, że tam w szpitalu był tata? - powiedziałam głaszcząc mój brzuszek i chyba właśnie wybrałam imię dla mojej księżniczki - Magda.

/oczami Mario/
Gdy tylko dowiedzieliśmy się, że Mary urodziła, razem z Marco ulotniliśmy się. Jess jest w ciąży... To moje dziecko?
- Co robisz? - zapytał Marco, widząc mnie liczącego coś na palcach.
- Liczę, czy to moje dziecko... - odpowiedziałem, dalej zagłębiając się w skomplikowanej matematyce.
- Chyba liczysz, że to twoje dziecko! - poprawił mnie.
- Co masz na myśli? - zapytałem, odkładając na chwilę moje kalkulacje.
- Wiesz, dziecko powinno mieć ojca. Może da ci drugą szansę. Gorzej jeśli, to nie twoje dziecko, a Jess jest szczęśliwa z jakimś lowelasem. W takim wypadku twoje szansę sięgają zera... - skończył swój monolog. Miał rację. Muszę zawalczyć, chcę mieć przy sobie i Jesikę i moje dziecko.

/oczami Jess/
- No i dla tego twoja mam nie jest z tatusiem. - powiedziałam dokańczając swoją historię. - Pewnie zastanawiasz się dlaczego ci to mówię. Żeby nie było, że mam przed tobą tajemnice. - Madzia chyba zrozumiała, bo dość mocno mnie kopnęła. - Chyba wdasz się w tatę. Wiesz nie mam nic przeciwko, tylko żebym nie musiała ci kupować co tydzień nowych korków, bo moda się zmienia. - dodałam. - Najwyżej wujek Gareth ci da, to w końcu on wróżył ci piłkarską przyszłość... Wiesz wujo pewnie się martwi, zadzwonię do niego. - tak, utrzymywałam kontakt z Bale`em, to dzięki Jovicie, która spotyka się od jakiegoś czasu z Isco. Czemu całe moje życie kręci się wokół piłki? Szybko zadzwoniłam do przyjaciela i opowiedziałam mu o wszystkim. Gdy się rozłączyłam, postanowiłam trochę pospacerować po mieście, przypomnieć sobie stare czasy. Gdy tak spacerowałam, robiło mi strasznie zimno. Nie wiem czemu, ale nogi zaprowadziły mnie pod mój stary blok. Uśmiechnęłam się, przypominając sobie moje niezamknięte drzwi i obudzenie się w ramionach Mario. Znowu na jego myśl łza popłynęła po moim zmarzniętym policzku. Nagle ktoś od tyłu założył na moje barki bluzę. Obróciłam się i zobaczyłam GO.
- Nie będzie ci zimno. Musisz dbać o NASZE dziecko.
- Wiem co muszę!
- Jess! Wiem, że moja zdrada, to jest coś niewybaczalnego, ale ja cię kocham i nasze dziecko też.
- Mario, tak bardzo chciałabym ci wybaczyć, ale to nie jest takie proste.
- Rozumiem, chodź pokażę ci coś. - wziął mnie za rękę i zaprowadził mnie do samochodu. Zawiózł nas na SIP. Weszliśmy do środka.
- Po co mnie tu przyprowadziłeś? - zapytałam, rozglądając się po stadionie. Nic się nie zmieniło, jakby czas po moim wyjeździe się zatrzymał.
- Nie pamiętasz, to tu się wszystko zaczęło. - powiedział. - To tu wyznałem ci miłość. - dodał.
- I w związku z tym? - zapytałam.
- Chciałbym, to zrobić drugi raz. - wziął głęboki oddech. - Jess jesteś całym moim światem. Będę dbał o ciebie i nasze dziecko i przysięgam, że już nigdy nie zrobię tego samego błędu. Chce być z tobą na zawsze. - powiedział i uklęknął. - Wyjdziesz za mnie? - zapytał i wyciągnął czerwone pudełeczko. Po chwilowym namyśle, odpowiedziałam...
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej! To już jeden z ostatnich rozdziałów. Myślę, że pojawią się jeszcze dwa i epilog.
Jak myślicie, Jess przyjmie przeprosiny Mario i zgodzi się na ślub? Sama jeszcze
nie wiem co ona kombinuje ;D

niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział 16

Obudziłam się o 9.30. Zeszłam do kuchni. W domu nie było nikogo. Na stole leżała kartka, a obok niej stał talerz z kanapkami. Wzięłam do ręki papier i przeczytałam.

"Jess!
Antonii jest obecnie w pracy, Jovita poszła do koleżanki, a ja jestem na zakupach. Razem z wujkiem wrócimy około godziny 16.00, a Jovita powinna być o 10.00. Zrobiłam ci śniadanie, mam nadzieję, że będzie smakować. 
Ciocia Anita"

Uśmiechnęłam się i wzięłam talerz ze śniadaniem i usiadłam przed telewizorem. Skakałam po kanałach, aż wreszcie zahaczyłam o jakiś program informacyjny. Jak zwykle to samo. Kryzys, polityka, sport, kryzys, polityka, sport i tak w kółko i kółko. Zjadłam śniadanie i skończyłam poranną toaletę. Wtedy na zegarze wybiła godzina 10:05. Do domu wróciła moja kuzynka.
- Hej! - zawołała.
- Cześć. - odpowiedziałam.
- Jak się czujesz? - zapytała i usiadła koło mnie na kanapie. Jak mogłam się czuć? Jestem w ciąży, mój ex chłopak mnie zdradzał i się z nim rozstałam. Chce się żyć!
- Ok.
- Wiesz, bo mam do zrobienia taki projekt na studia o piłkarzach Realu. Ojciec załatwił mi wejściówki na trening. Chciałabyś pójść ze mną? - zaproponowała i uśmiechnęła się zachęcająco.
- Mogę iść. Czemu nie? - odpowiedziałam. - A kiedy? - zapytałam.
- Za trzy godzinik chłopcy mają trening.
- Dobrze. Może pooglądamy jakiś film?
- Z chęcią. - odpowiedziała, podeszła do szafki z filmami i wyjęła znajomą płytę.
- Dirty Dancing, pamiętałaś. - swierdziłam.
- Nasz ulubiony film. - odpowiedziała i włączyła film. Oglądałyśmy i rozmawiałyśmy. Oczywiście nie obyło się bez pytań typu "Jak to jest być w ciąży?", "Jaki był Mario", "Powiesz mu?". Gdy zobaczyłyśmy napisy końcowe, szybko się przebrałyśmy i pojechałyśmy na stadion. Piłkarze już ćwiczyli. Oczywiście jako wielka fanka football`u znałam ich prawie wszystkich.
- To jaki projekt masz o nich zrobić? - zapytałam, jedząc czekoladę. Jak to kobieta w ciązy miałam zachcianki smakowe i w tym momencie miałam ochotę na czekoladę.
- Opisać ich trening, porozmawiać z nimi i cyknąć kilka fotek. Robótka na kilka godzin, ale cóż, taką pracą chciałam powitać nowy rok akademicki.
- A jak wujaszek załatwił ci wejściówki? - zapytałam.
- Zna się z prezesem klubu. - usiadłyśmy na trybunach. Jovita bazgrała coś w zeszycie, a ja dalej jadłam tą czekoladę. Gdy ten przeklęty trening się skończył, Jovitka zaciągnęła mnie na murawę.
- Dzień dobry panie trenerze, mogę porozmawiać z kilkoma chłopakami? - zapytała ładnie kuzynka.
- Oczywiście. - odpowiedział miły starszy pan. Jovita wzięła chłopców, którzy byli gotowi na odpowiedzenie na kilka pytań. Zostałam sama na boisku. Wzięłam piłkę i na niej wyładowałam całą złość, z którą przyjechałam do Madrytu. Ustawiłam ją w połowie boiska i kopnęłam z całej siły. Piłka leciała, leciała i jeszcze leciała aż wylądowała w okienku bramki.
- Niezły strzał. - powiedział jakiś głos. Obróciłam się w jego stronę.
- Dzięki. - odpowiedziałam, a mężczyzna przybliżył się do mnie.
- Gareth. - powiedział i podał mi dłoń.
- Jess. - uścisnęłam jego silną dłoń.
- Przyjaciółka tej dziennikarki? - zapytał.
- Kuzynka.
- Nie jesteś hiszpanką.
- Nie, jestem polką, która całe swoje życie spędziła w Niemczech. - uśmiechnął się pod nosem.
- Kto nauczył cię tak strzelać? - zapytał. - Bo zrobiłaś to tak profesjonalnie, że mógłbym się skusić o stwierdzenie, że jesteś związana z piłką nożną.
- Gram w piłkę od dziecka, a strzał był tak celny i mocny, bo chciałam wyładować swój gniew. Wiesz zła kobieta, to nic dobrego. - powiedziałam i uśmiechnęłam się przyjaźnie. Gareth wydawał się być fajny facetem. Był inni niż ci wszyscy piłkarze Realu. Taki spokojny, skromny, zwyczajny... Usiadłam na murawie, a on zrobił to samo.
- A jeśli mogę wiedzieć, to co cię tak zezłościło? Nie żebym był ciekawski, czy coś, ale... Wiesz co?
Nieważne nie powinienem pytać. - zmieszał się widząc moją smutną minę.
- Nic się nie stało. Mój były chłopak mnie zdradzał, zerwałam z nim, ale nie potrafiłam mu powiedzieć co o nim myślę, bo on odkąd pamiętam był moim przyjacielem. Nie mogłam mu tego powiedzieć, rzucić w niego najgorszymi przekleństwami, wyzwać go od najgorszych i wysłać w diabli. W końcu, to ojciec mojego dziecka... - powiedziałam, a łza zakręciła się w moim oku. Szybko ją otarłam, żeby piłkarz tego nie zauważył. Znowu popełniam ten sam błąd. Za szybko otwieram się przed ludźmi i ufam im. W tym momencie dostałam smsa od Jovity, że czeka na mnie przed stadionem. Szybko pożegnałam się z Gareth`em i wyszłam ze stadionu.
- I co? Jak wywiady? - zapytałam.
- Bardzo dobrze i dostałam numer od piłkarza! Nigdy nie zgadniesz od którego! - stwierdziła, a ja przypomniałam sobie, że nie mam jak skontaktować się z Gareth`em. Najpierw się zasmuciłam, ale po małym namyśle stwierdziłam, że to może nawet lepiej... Gdy dojechałyśmy do domu, od razu wzięłam laptopa i weszłam na skypa z nadzieją, że ktoś z moich znajomych będzie dostępny. Przeglądałam tak, ale nikogo nie było. Gdy już chciałam odłożyć laptopa, zadzwoniła do mnie Mary.
- Hej! - powiedziała i uśmiechnęła się.
- Cześć. - odpowiedziałam i zauważyłam Mitch`a z dwoma kubkami herbaty. - Jak tam maleństwo?
- Bardzo dobrze! Byłam ostatnio u ginekologa i powiedział, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- Bardzo się cieszę.
- Jess, słyszeliśmy co stało się między tobą, a Mario. Jak to znosisz? - zapytał Mitch.
- Nie martwcie się o mnie, wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- Gdzie ty teraz jesteś? Nie ma cię w Berlinie, Warszawie. Wszyscy cię szukali i strasznie się martwili, a chyba najbardziej Mario. - dodała Mary.
- Jestem u wujka, ale nie mogę powiedzieć gdzie. Nie chcę żeby Mario się dowiedział.
- Rozumiemy. Ale przyjedziesz na chrzest malucha? Chcieliśmy żebyś została matką chrzestną. Zgadzasz się? - zapytała, a ja miałam ochotę jej odpowiedzieć "Ok, ale wy przyjedziecie na chrzest mojej pociechy!". Jednak ugryzłam się w języki i powiedziałam tylko zwykłe "Tak". Pogadaliśmy jeszcze chwilkę o jakiś głupotach, a następnie rozłączyłam się, poszłam się umyć i spać. Szybko zasnęłam, bo był to bardzo wyczerpujący dzień.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dzisiaj dłuższy rozdział! :) To dzięki wygranej Polskiej Reprezentacji! Ubóstwiam tych chłopaków!
Tylko zdenerwowała mnie czerwona kartka Teodorczyka. Było to dla mnie niezrozumiałe, bo jako napastnik dostał czerwoną kartkę i szczerze jakoś fenomenalnie nie grał, ale wygrana, to wygrana. Oby tak dalej! :D

sobota, 4 stycznia 2014

Rozdział 15

Czyli kierunek słoneczna Hiszpania, a dokładniej Madryt. Szybko kupiłam bilety na najbliższy samolot, który miał wystartować za dwie godziny. Usiadłam więc przy stole w lotniskowej kawiarni i zamówiłam herbatę. Postanowiłam zadzwonić do wuja. Wykręciłam numer i czekałam. Pierwszy sygnał, drugi, trzeci...
- Cześć wujku! - powiedziałam zadowolona.
- Witam moją ulubioną siostrzenicę, tylko nie mów o tym Tośce. - przywitał się ze mną wujek. - Czy mogę wiedzieć z jakiego powodu raczyłaś do mnie zadzwonić? - zapytał rozbawiony wujaszek.
- Bo wujku, czy mogłabym do ciebie przylecieć? - zapytałam i w tym momencie przyszła kelnerka i podała mi filiżankę z herbatą. Po cichu podziękowałam.
- Oczywiście kochana. A jeśli mogę wiedzieć, to czemu chcesz odwiedzić starego wujka? - zapytał.
- Wcale nie jesteś stary, a poza tym muszę przemyśleć kilka rzeczy.
- No dobrze. Ciocia Anita się ucieszy. - stwierdził.
- Okey wujku ja już kończę. Pa!
- Pa! - zaczęłam pić moją herbatkę. Bardzo cieszyłam się, że jadę do wujka. Wujo ma na imię Antoni. Ma żonę Anitę, która jest hiszpanką z dziada, pradziada. Odkąd pamiętam Antoni zawsze mi pomagał. Bardzo ważny jest również fakt iż wujek ma córkę Jovite, o trzy lata ode mnie młodszą. Bardzo ją lubię. Jak byłyśmy małe często razem się bawiłyśmy, a jak dorosłyśmy potrafiłyśmy godzinami siedzieć na telefonie i gadać. Gdy skończyłam swoją refleksję i herbatę powędrowałam na odprawę. Wszystko minęło w miarę sprawnie i już po trzydziestu minutach byłam w samolocie. Włączyłam muzykę i zaczęłam się zastanawiać jak to będzie kiedy maluszek pojawi się na świecie. Czy będzie to chłopak, czy dziewczynka, czy sobie poradzę i ogólnie jak to będzie. Po kilku godzinach wylądowaliśmy na lotnisku w Madrycie. Wyszłam z samolotu, wzięłam swoje bagaże i czekałam na wujka Antosia. Gdy go wreszcie zobaczyłam, okazało się, że przyjechał z ciocią i Jovitą.
- Hej! - przywitałam się i przytuliłam się ze wszystkimi po kolei.
- Cześć! - powiedzieli wszyscy razem. Wujek wziął moje bagaże i pojechaliśmy do ich domu, przez cały czas rozmawiając. Gdy dotarliśmy na miejsce, zobaczyłam wille, w której spędzałam nie jedne wakacje. Weszliśmy do środka i pokierowaliśmy się na pierwsze piętro, gdzie znajdował się pokój, w którym spędzę kilka miesięcy. Bardzo podobał mi się styl w jakim został urządzony mój pokoik. Rodzina zostawiła mnie samą. Szybko się rozpakowałam, gdyż nie wzięłam ze sobą wiele rzeczy. Tylko ubrania, kosmetyki i ulubione książki. Gdy skończyłam wzięłam szybki prysznic i zeszłam na kolację. Anita z Jovitą przygotowały paelle, typowo hiszpańską potrawę. Zasiedliśmy do stołu. Jako że jesteśmy w Hiszpanii nie mogło zabraknąć wina.
- Jesika, napijesz się? - zapytał wujo, trzymając w prawej dłoni butelkę Ribera del Duero.
- Nie, ja nie mogę. - powiedziałam i spojrzałam na zaskoczonego wujka.
- Jak to nie możesz, chyba nie jesteś w ciąży? - zapytała żartobliwie Jovita.
- Właśnie, to chciałam wam powiedzieć. - wzięłam do ust kawałek obiadu. Jovita otworzyła szeroko buzię, wujek pobladł, a ciotka tylko się uśmiechnęła.
- Rodzice wiedzą? - zapytał Antoni.
- Nie. Wujku proszę nie mów im jeszcze, muszę to wszystko przemyśleć.
- Dobrze. To dziecko tego niemieckiego piłkarza? - zapytał, pijąc zimne wino.
- Tak. Ale nie chcę o tym rozmawiać. - powiedziałam. Resztę obiadu zjedliśmy w ciszy. Po posiłku ciocia włożyła naczynia do zmywarki, a wujek z Jovitą oglądali telewizję. Postanowiłam pójść do swojego pokoju. Umyłam się i ubrałam piżamkę. Położyłam się na moim nieziemsko wygodnym łóżku i zasnęłam.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hejka!
Za nami piętnasty rozdział. Jak wam się podobał?
Jess wyjechała do słonecznej Hiszpanii, gdzie
czekają na nią nowe przygody. A może nawet nowa
miłość? :)
Pewnie ciekawi was fakt iż tak po prostu bez większego
rozgłosu Jess zostawiła Mario. Właściwie, to moja wina,
ponieważ nie potrafię o nim pisać. Nie wiem dlaczego,
ale straciłam do niego piłkarską sympatię. Może, to przez
transfer? Mniejsza z tym. Odpocznę od pana Goetze`ego
i zobaczymy co będzie dalej.Druga sprawa, to powód dla
którego wybrałam Hiszpanię, a właściwie Madryt. Byłam
tam raz w czasie wakacji i zakochałam się w hiszpańskiej
kulturze, kuchni, krajobrazie, po prostu zakochałam się w Hiszpanii!